Tomasz Matlęgiewicz
  

Pytanie „pić albo nie pić” jest równie bez sensu jak pytanie „jeść albo nie jeść” Kilka uwag o piciu na rosyjskiej Północy

 

Syberia z lotu ptaka, fot. Echo3 Online Services. Syberia z lotu ptaka, fot. Echo3 Online Services.

O tym, że Rosja jest krajem pełnym sprzeczności, napisano już mnóstwo. Najwięcej jednak uwagi poświęca się nie tyle samemu krajowi, co wydarzeniom, które zachodzą w jego stolicach, Moskwie i Petersburgu. To ich mieszkańcy kształtują obraz tego, ich zalety i wady wpływają na postrzeganie tego narodu przez innych. Z moskwianami i petersburżanami robi się interesy, oni dysponują w większości bogactwem Rosji i to oni wyjeżdżają za granicę.

Ale ten wielki kraj to przecież przede wszystkim prowincja, rosyjska głubinka, rozłożona na gigantycznym terytorium Eurazji – piszę „Eurazji”, bo dla Rosjan Europa nie jest kontynentem, to tylko fragment większej, euroazjatyckiej części świata. Na tym bezkresie mieszka większość Rosjan, z dala od centrów politycznych, z dala od wielkich i niby-ważnych wydarzeń naszego świata. Głubinka to nie tylko wielka liczba miast i miasteczek, ale przede wszystkim wieś. Rosyjski filozof z początku XX wieku Mikołaj Bierdiajew widział swoich rodaków jako naród przede wszystkim wiejski. Nie możemy zresztą temu się dziwić, pamiętając, że do rewolucji ponad 90% mieszkańców carskiego imperium stanowili chłopi. Celowo sięgam tu po miejscowe słowo „głubinka” jako określenie czegoś położonego w głębi, z dala od centrów cywilizacyjnych, przetłumaczone na polski „prowincja” tego sensu nie odda. Można nim określić i wiele polskich miast, oddalonych przecież nieznacznie od stolicy, cóż bowiem znaczy te kilkaset co najwyżej kilometrów w naszym kraju wobec odległości, z którymi borykają się mieszkańcy naszego wschodniego sąsiada. Ogrom rosyjskiej przestrzeni nie może pozostać bez wpływu na ich charakter narodowy i sposób szukania ukojenia lub dodawania sobie energii. To właśnie przyglądanie się z bliska głubince, obserwacja zachowań jej mieszkańców pozwala wiele zrozumieć z ich sposobu zachowania i owej zagadkowej (zwłaszcza dla Europejczyka, za którego chce się uważać Polak) „duszy”. Uczciwie mówiąc, w głubince, zwłaszcza wiejskiej, nawet słowo „mieszkaniec” wydaje się nietrafne. Sądzić bowiem można, że to już ktoś, kto ma mieszkanie albo chociaż swoje miejsce w życiu, kojarzy się nieodparcie z mieszczaninem, a gdzieś w tle przesuwa się łacińskie „habitus”. Rosjanie mówią inaczej – „żytiel”. To ktoś, kto żyje, i to jest najważniejsze. Może nie mieć miejsca pobytu, może snuć się po tych nieograniczonych przestrzeniach, ale żyje i to go konstytuuje jako człowieka. O tej możności poznania i zrozumienia Rosji tylko poprzez język rosyjski pisał Mariusz Wilk w swoich książkach o rosyjskiej Północy. Niby bowiem nasze języki są tak do siebie podobne, oba przecież wychodzą z tego wspólnego słowiańskiego pnia, ale wydaje się, że konotacje związane z konkretnym już słowem bywają odmienne…

 

Syberia, fot. Olga Oslina, www.flickr.com/photos/olga_oslina/ Syberia, fot. Olga Oslina, www.flickr.com/photos/olga_oslina/

„Russkij Siewier”, rosyjska Północ. Ogromna przestrzeń, bezlitosna przyroda i surowy klimat, jakżeż odmienny od polskiego, ale też i od skandynawskiego, ogrzewanego ciepłym tchnieniem Golfstromu. Bezkres dla nas niepojęty, wielokrotnie większy od największych państw europejskich i wielokrotnie mniej zaludniony. Owszem są miasta, kilkusettysięczne ośrodki, prowincjonalne centra Archangielsk, Siewierodwińsk i inne, ale większość ludzi żyje, właśnie nie tyle mieszka, co żyje, na wsi, bądź w małych miasteczkach. I musi jakoś sobie z tym psychicznie poradzić. To bowiem najwyżej kilku-, może kilkunastotysięczne ośrodki, przez grzeczność tylko nazywane miastami, porzucone wśród bezkresnej tajgi czy tundry. Co je łączy z centrum administracyjnym regionu? Czasem (bardzo rzadko) linia kolejowa, czasem droga, będąca raczej bezdrożem, a czasem – czasem nic. A właściwie nie tyle nic, co niby droga, to znaczy dość płaska powierzchnia, po której jeżdżą różne pojazdy, ale która pełni tę funkcję przez co najwyżej kilka miesięcy w roku. Dlaczego tak krótko? Bo to po prostu zamarznięte bagno…

Gdy się odwiedza „żytieli głubinki russkogo Siewiera”, nie może się obejść bez alkoholu. Zwłaszcza gdy wiąże się taka wizyta z jakimś świętem. Inna rzecz, że przyjazd kogokolwiek obcego już jest dla nich takim świętem, bo ktoś przyjechał z miasta, z „goroda”. Choć trafniej byłoby napisać to słowo wielką literą – z „Goroda”. Dla nich bowiem istnieje tylko jedno Miasto – Archangielsk. Inne ośrodki miejskie rozrzucone po ogromnym, większym od Francji, obwodzie-regionie, nie zasługują w ich rozumieniu na tę dumną nazwę. „Z Miasta” – to tylko z Archangielska, a „jechać do Miasta” – to tylko tam. Nawet stolica państwa, Moskwa, nie cieszy się taką estymą – ot, Moskwa, inny świat, a jej mieszkańcy, czyli „moskwicze” to… i tu często padają słowa niecenzuralne, z których „swołocz” może być uznane jeszcze za komplement.

Tak, to prawda, że głubinka pije. Pije alkohol i pije go dużo i to często od pokoleń, czyli w postaci swoistego dziedzicznego alkoholizmu. Nie spotkałem się jednak tam nigdy z pseudoideologicznym uzasadnieniem, obecnym choćby w naszym kraju, „tu jest Polska, tu się pije”. W Rosji tego nie było czy raczej nawet nie ma. Tam, w głubince, owemu pijaństwu towarzyszy natomiast coś innego – czarna rozpacz. Ono wydaje się wypływać nie z potrzeby użycia alkoholu, nie z pragnienia toczenia metafizycznych rozważań o sensie istnienia, nawet nie tylko z chęci oderwania się od rzeczywistości, ale z jakiegoś bezbrzeżnego smutku tych ludzi. Zresztą ten smutek nie jest jakąś konstytutywną cechą wyłącznie osób mieszkających na prowincji, ale wydaje się być typowy w ogóle dla Rosjan. Owszem, oni się śmieją, cieszą, radują, bawią się z tym całym rosyjskim rozmachem, ale gdzieś na dnie serca są raczej bezbrzeżnie smutni. Nie tyle poważni – jak np. Niemcy – ale właśnie smutni. Z tym smutkiem znakomicie współgra słynna wschodniosłowiańska wylewność i głęboki sentymentalizm, tak przecież obecny w rosyjskiej kulturze, literaturze, muzyce. Nawet snom o potędze politycznej, o wielkości zawsze towarzyszy poczucie braku radości. Można być tam pogodnym, miłym, uśmiechniętym, ale mimo wszystko gdzieś tam w głębi jest się bardzo smutnym.

 

Wieś Gorodieck na Syberii i jej mieszkańcy, fot. Waleria Rybakowa Wieś Gorodieck na Syberii i jej mieszkańcy, fot. Waleria Rybakowa

Jeśli dusza narodu najbardziej odbija się muzyce, to wystarczy porównać muzykę rosyjską z zachodnioeuropejską. Tamta bywa głęboka, poważna, pełna tryumfu, monumentalna, walcząca z losem, niosąca wielkie idee, zaś rosyjskiej nierozerwalnie towarzyszy jakiś smutek, w dodatku połączony z fatalizmem. Fatalizmem nie pogodnym, jaki miał Kubuś Diderota, lecz pełnym melancholijnego smutku. Takie są klasyczne romanse, opowiadające o miłości, ale nie tej nieszczęśliwej i niespełnionej czy nieodwzajemnionej. Wręcz przeciwnie – często wzajemnej, nieograniczonej konwencjami społecznymi, ale mimo to bardzo nieszczęśliwej. I takie też jest picie po rosyjsku, skupione w głubince niczym w szkle powiększającym. Nie wynika z lenistwa, bo wbrew stereotypom o Rosjanach, trzeba mieć charakter, upór i konsekwencje, aby radzić sobie w takim klimacie. Nie z nawyków w rodzaju „dziedzic nalewał wódkę i rozpijał tą wódką pańszczyźnianych chłopów”, albowiem na „Siewierze” nie było poddaństwa ani pańszczyzny. A też nie z ideologii, nie z pragnienia świętowania, do którego rzadko jest powód, ale właśnie ze smutku. Dziwny to i dla Europejczyka niezrozumiały smutek, bo to nie zaduma nad losem i też nie przekonanie o nieszczęściu i braku szansy na zmianę. To po prostu wypływające z głębi duszy poczucie smutku. I to smutku zupełnie innego, zrośniętego trwale z psychiką, nie kabotyńsko wydumanego (videWitaj, smutku), lecz wypływającego z samej istoty człowieka. Wielka ilość alkoholu ma w założeniu trochę ten smutek złagodzić. Być może w niewielkich ilościach miałby działanie stymulujące, zachęcające do działania, lecz tak się nie dzieje i przez to pijaństwo nabiera cech apokaliptycznych…


Wieś Gorodieck na Syberii i jej mieszkańcy, fot. Waleria Rybakowa Wieś Gorodieck na Syberii i jej mieszkańcy, fot. Waleria Rybakowa

Bardzo łatwo jest tych ludzi potępiać, osądzać i wyrokować o ich życiu. Bardzo łatwo, gdy się przyjechało z innego kraju, do którego zawsze można wrócić. Zupełnie inaczej wygląda to na miejscu, gdy się obserwuje pewne rzeczy z bliska, a jeszcze inaczej, gdy się wie, że się tam zostanie. Zresztą wielu miejscowych wraca do owej głubinki i nie zawsze, choć często, popada w ów apokaliptyczny alkoholizm. Bywa, że ktoś się wyrwie, wyjedzie do Miasta, a nawet do odległej stolicy robić karierę. I co? I nieraz wraca do swojej alkoholowej beznadziei w głubince, bo tam w stolicy był nikim, anonimowym trybikiem gigantycznej machiny. A u siebie może być kimś, wszyscy go znają. I czasem popada w pijaństwo. Opowiadano mi o takim miejscowym poecie, który wyjechał do Moskwy i potem wrócił i też nie mógł się odnaleźć. Skończył tragicznie, wypiwszy przez pomyłkę (a może i nie) płyn hamulcowy, pamiętają go i uważają za kuriozum. To jednak wyjątek, północna głubinka zazwyczaj pije wódkę, normalną wódkę ze sklepu. To nie Ukraina i nie południe Rosji, gdzie produkuje się na wielką skalę samogon, na Północy ludzie nie mają takich umiejętności ani nie ma takich tradycji. Owszem, co niektórzy pędzą, ale nie ma to wzięcia i zazwyczaj ludzie unikają takich delikatesów domowej roboty. Oprócz tego władze centralne zakazały sprzedaży spirytusu spożywczego, tak więc nie można go nabyć legalnie w sklepie. Co więc zostaje? Wódka albo spirytus gospodarczy zdobywany nielegalnie. Ci, którzy mają kontakt z medycyną, piją i rozdają spirytus medyczny, który w Rosji już nie jest „wzbogacany” salicylanami. Inni zaś – mundurowi, związani z kolejnictwem czy przemysłem, piją „szyło” (po polsku „szydło”). „Szyło” to spirytus przemysłowy, którego nazwa pochodzi stąd, że po wypiciu ma się wrażenie, iż dźga w mózg niczym ogromna szpila i działa paraliżująco. Sprowadza nie tyle stan upicia, co raczej pseudonarkotyczne otępienie, rozlewając się po wszystkich członkach organizmu, tłumiąc wszelkie odruchy i kontakt ze światem.

Bo i ten świat jest mało pozytywny. Wychodząc z domu na ulicę, widzi się pustkę. Owszem stoją inne domy, ale poza wsią często nie ma nic. Może być, jak wiemy, droga, ale kolejne osady są często bardzo od siebie oddalone. Przemieszczając się wzdłuż rzeki Piniegi, dociera się do miejsc, gdzie zaiste świat się kończy, a przynajmniej ten świat, jaki określamy mianem cywilizowanego. Miejscowi mówią o tym z pewną dumą, że dalej już nie ma nic. To znaczy w odległości kilku kilometrów jest jeszcze niewielka osada, w której pozostał jeden mieszkaniec, a potem jest już tylko tajga. Przez najbliższe kilka tysięcy kilometrów, bo kończy się dopiero na Pacyfiku. Jak poczucie takiego oddalenia, de facto porzucenia na bezgranicznej przestrzeni można ukoić, jeśli nie alkoholem? Europejski „Siewier”, większy od Francji, zamieszkuje nieco ponad milion ludzi. Z tego ponad połowa w Mieście i okolicach, więc na ogromnej przestrzeni znajdzie się raptem kilkaset tysięcy osób, rozrzuconych wzdłuż nielicznych szlaków transportowych. Dominuje zresztą krajobraz typowo polodowcowy, a więc płaski. To nie góry i fiordy Skandynawii, to nie zróżnicowana Europa. Ale ciągnąca się bez końca, lekko tylko pofałdowana równina. Oko ludzie nie ma punktów orientacyjnych, człowieka otaczają tylko lasy i bagna. Alkohol trochę przerywa kontinuum tej przestrzeni. Rosjanie twierdzą, że tam na Północy zaciera się granica między tym światem a tamtym, staje się ona jakby bardziej przeźroczysta. Zaciera się poczucie rzeczywistości, sen i jawa, życie i śmierć, wiedza i intuicja są bliżej siebie niż gdziekolwiek indziej. Niebo jest nisko nad ziemią, Słońce raczej prześwituje, niż świeci jak w Europie Zachodniej. Alkohol na chwilę pozwala ukoić tę świadomość życia na nieprzyjaznym pustkowiu, przywrócić lekkie uporządkowanie, póki się pije, to się żyje. „Pytanie »pić albo nie pić« jest równie bez sensu jak pytanie »jeść albo nie jeść«”. Poza tym jest zimno. Zima tam trwa przez wiele miesięcy i w dodatku jest to prawdziwa zima, którą nam trudno zrozumieć. W Polsce wystarczyło trochę więcej mrozu niż zwykle i niewielka ilość śniegu, by kraj znalazł się na granicy paraliżu. A tam zima po prostu trwa przez wiele miesięcy. W dodatku z uwagi na bliskość Kręgu Polarnego towarzyszy jej ciemność. Niekoniecznie noc polarna, bynajmniej – słońce pokaże się nad horyzontem. Tylko że potrwa to krótko, więc światła będzie niewiele. I alkohol musi wypełnić to światło, a raczej jego brak, tchnąć trochę blasku w rzeczywistość…

 

Wieś Gorodieck na Syberii i jej mieszkańcy, fot. Waleria Rybakowa Wieś Gorodieck na Syberii i jej mieszkańcy, fot. Waleria Rybakowa

I ją ogrzać. Żyje się w domach drewnianych, w których jest bardzo ciepło, ale na zewnątrz panuje przeraźliwe zimno. Ludzie starają się nosić ciepłą odzież, bo „człowiek Siewiera to nie ten, który nie marznie, lecz ten, który się ciepło ubiera”. Ale nie zawsze chce się ją zakładać, więc potrzebne staje się coś, co da wrażenie ciepła. I to właśnie ciepła chwilowego, tak aby wyjść za potrzebą albo dla sprawdzenia obejścia. Odpowiedź sama się narzuca. Ale nie tylko to – bowiem z pragnieniem ciepła fizycznego wiąże się poszukiwanie ciepła psychicznego. I tu alkohol sprzyja wzmacnianiu wspólnoty z innymi ludźmi. Na Zachodzie można powtarzać slogany o jednostce, jej domniemanych prawach i indywidualizmie. Natomiast tam, na „Siewierie”, można przetrwać tylko, żyjąc w grupie i wzajemnie sobie pomagając. Alkohol cementuje grupę, wzmacnia więzi, nie upija się bowiem w towarzystwie człowieka, któremu nie można zaufać. „Łączy nas morze wypitej wódeczki przez naszych ojców i dziadów” – w Kabarecie „Dudek” ta fraza była oczywiście zabawna, ale w tamtych surowych warunkach wydaje się nabierać nieoczekiwanej aktualności i powagi. W dodatku Rosjanie rzadko kłócą się przy alkoholu i w odróżnieniu od nas niespecjalnie pasjonują się polityką. Nie ma zatem tych męczących kłótni nie na argumenty, lecz na wrzaski. Nie, Rosjan polityka tak nie podnieca i alkohol raczej sprzyja uspokojeniu niżeli podnieceniu. Raczej towarzyszy posiłkom (zwłaszcza że nie ma zwyczaju popijania, lecz się zakąsza), co dodatkowo działa uspokajająco, jako że z pełnym żołądkiem raczej się myśli o spokoju lub drzemce, a nie wrzasku i kłótni. Poza tym Rosjanie są w ogóle mniej kłótliwi niż nasi współrodacy, brak tradycji szlachecko-sarmackiej w tym sensie wychodzi im na dobre.

 

Fot. Piotr Millati Fot. Piotr Millati

Rzeczywistość nie pozostawia zatem raczej możliwości wyboru, a śnieg i noc za oknem wydają się wręcz zaganiać do butelki. Zwłaszcza że alkohol nadal jest względnie niedrogi i jest dobrem ogólnie dostępnym. Próby prohibicji, jakie czynił Gorbaczow, skończyły się blamażem, a obecne zamiary ograniczenia alkoholizmu dotyczą raczej metropolii, bo na głubince i tak zostanie po staremu. O całkowitym zakazie oczywiście nie może być mowy, bo ludzie zaczną pić wszelką truciznę, byle tylko była związana z alkoholem. A skutki bywają przerażające. Nie tyle dla codzienności, stałych zajęć, bo z reguły każdy je wykonuje, chyba że jest zupełnym alkoholikiem. Ale nigdzie więcej nie spotkałem tylu osób trwale wyniszczonych alkoholem. Głubinka pije, choć jej mieszkańcy wyglądają, jakby byli żywcem przeniesieni z obrazów Goi. Obrzękłe, brązowe twarze, trwale mętne oczy, w dużej mierze bezzębne usta. Jakby mieli dwadzieścia–trzydzieści lat więcej, niż mają. Niby funkcjonują jakoś w swoim otoczeniu, dbają o pewne pozory, ale przypominają upiory ze sztychów hiszpańskiego malarza. I tak jak u niego, w oczach tych ludzi, czai się smutek. Gdzieś tam na dnie duszy, śladowo jeszcze odbijający się w tych beznadziejnie smutnych spojrzeniach. Tym bardziej że nikt z nich nie chwali się ilością wypijanego alkoholu. Nie ma między nimi rywalizacji także w tym, raczej jakaś smutna rezygnacja i zgoda na otoczenie, którego nie sposób zmienić. W pustce, zimnie, ciemności i smutku pozostaje tylko wódka. Kiedyś ich przodkowie kolonizowali, jak się mówi po rosyjsku: „oswajali”, ten mroźny „Siewier”. Ale potem państwo, zamiast zachęcać ludzi do wysiłku, zaczęło mniej lub bardziej przyzwalać i zachęcać do sięgania po alkohol. I zamiast aktywności i energii pojawił się inny sposób na życie i „oswojenie” klimatu…

Znajomy chirurg z kliniki okręgowej w Archangielsku opowiadał, że bywają pacjenci, właśnie z tej wsi, którzy w pewnych okolicznościach nie chcą być leczeni, ale uczynieni kalekami. Bywa, że proszą o obcięcie ręki albo nogi zamiast ratowania takiej kończyny. Ba, nawet niekiedy specjalnie ją brudzą, by wyglądała na dotkniętą gangreną. Jako inwalidzi dostaną rentę, którą będą mogli w całości spokojnie przepić, ponieważ zdarza się, że normalne pensje nie są wypłacane, ale emerytura czy renta to rzecz pewna. Tak więc proszą, by ich okaleczyć, świadomi, że jeśli tak się stanie, będą mogą w spokoju oddać się nałogowi. Są też lekarze w owej głubince, którzy nie chcą sprawdzać, czy to gangrena, czy zwykły brud, i robią, o co się ich poprosi…

 

 

Komentarze 

 
#5 General Foot HealthJessieBax
2017-12-04 11:49 | email: tonyhill25ps1620z62@yahoo.com | adres ip: 146.185.223.221
A Biological Masterpiece, But Subject to Many Ills
The human foot is a biological masterpiece. Its strong, flexible, and functional design enables it to do its job well and without complaint—if you take care of it and don't take it for granted.
healthThe foot can be compared to a finely tuned race car, or a space shuttle, vehicles whose function dictates their design and structure. And like them, the human foot is complex, containing within its relatively small size 26 bones (the two feet contain a quarter of all the bones in the body), 33 joints, and a network of more than 100 tendons, muscles, and ligaments, to say nothing of blood vessels and nerves.
www.cialissansordonnancefr24.com/.../
 
 
#4 Pić albo nie pićGabriel
2017-09-22 00:37 | email: gabrielconolly@aol.com | adres ip: 178.137.83.166
Let's take a peek at a few of the tried-and-true penis enlargement techniques.

Standard male discussions rally around penis sizes and powers of "stud like"
activities. Natural supplements like Vimax pills can be employed for increasing the circumference and length with the male organ.

My website :: www.viagrapascherfr.com/.../: www.viagrapascherfr.com/.../
 
 
#3 301 Moved PermanentlyLelandgaw
2017-08-27 02:10 | email: laelebeidiorg@mail.ru | adres ip: 146.185.223.114
301 Moved Permanently
More info>>>
 
 
#2 Erectile Dysfunction in Young Men - Find Out What Causes It, Diagnosis and Treatment OptionsAorewexhitrest
2017-08-21 19:42 | email: quonahquee@bestmailonline.com | adres ip: 178.137.83.166
This condition is quite limited to the reproductive system and could have several causes including a consequence of injury or abnormal blood circulation inside the testicles. Core maca through the supplier energetix is surely an herb that tests quite nicely for many males.
 
 
#1 Pić albo nie pićCharley
2017-03-15 10:41 | email: charleyguzzi@gmail.com | adres ip: 107.175.67.217
Wonderful article! That is the type of info that should
be shared across the internet. Shame on the search engines for no longer
positioning this publish higher! Come on over and discuss with my site .
Thanks =)

Feel free to surf to my website ... kapitalne zbiorniki (motedis.com: motedis.com/.../...)
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

BLIZA Nr 3 (30) 2017

ADAPTACJE

Drodzy Czytelnicy!

Na co dzień nie uświadamiamy sobie, jak ważną rolę odgrywa i jak wszechobecna jest adaptacja. To nie tylko mniej lub bardziej skomplikowane próby przetworzenia choćby literatury na spektakl, film czy serial, to wszelkie usiłowania opowiedzenia jednej formy przez drugą, także odzwierciedlenia w kompozycji ogrodu elementów Wszechświata czy wprowadzenia pluszowego misia w możliwie wiele sfer ludzkiego życia, gdy adaptacja dotyczy kultury pop. I o tym także piszą nasi autorzy.
Adaptacja wymaga finezji, wyczucia i talentu tłumacza. Rozumienia pierwszego języka i umiejętności wyrażania się w drugim. Adaptujący ma do dyspozycji kilka filozofii i wiele możliwości. Musi wybierać i potwierdzać swój wybór, udaje się to różnie, a rezultaty działań oceniają eksperci i publiczność.
My także pochyliliśmy się nad różnymi formami tej sztuki. Oprócz współpracujących z nami krytyków i recenzentów w numerze opowiadają o nich także sami twórcy, wybitni pisarze, filmowcy, plastycy.
Wewnątrz dołączamy także nawiązujący odważnie do tematu arkusz plastyczny Jacka Kornackiego ze współpracującej z nami Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.
Śmiało możemy więc życzyć nie tylko ciekawej lektury, ale i uczty wizualnej.

Adam Kamiński

Więcej...