Piotr Sobierski

 

 

Po sukces do zielonego lasu

O Shreku w reżyserii Macieja Korwina
w Teatrze Muzycznym w Gdyni

 

 

Niecały rok temu, podczas odbywającego się w Teatrze Muzycznym koncertu „Metropolia jest Okey”, Maciej Korwin poinformował, że szykuje się do realizacji nowego spektaklu. Na hasło „Shrek” przez salę przeszedł pomruk zachwytu i zaciekawienia. Historię zielonego ogra znają bowiem wszyscy, ale mało kto zdawał sobie wówczas sprawę z istnienia musicalu. Shrek to przede wszystkim znakomita animacja, która od 2001 roku zdobywa serca kolejnych pokoleń widzów. Duża w tym zasługa świetnego przekładu Bartosza Wierzbięty i aktorskiej obsady z Jerzym Stuhrem i Zbigniewem Zamachowskim na czele. To dzięki nim bajka do dzisiaj cieszy się ogromną popularnością, zarówno wśród najmłodszych, jak i w gronie dorosłych.

Czego więc można spodziewać się po teatralnej wersji? Jak zmierzyć się z legendą i mistrzami dubbingu? Na te pytania odpowiedzi szukał sam Korwin, który przyznał przed premierą, że nie do końca wiedział, na co się porywa oraz jak wielkie będzie to wyzwanie dla niego i całego zespołu.

Przygotowania do realizacji spektaklu rozpoczęto wcześniej niż zazwyczaj. Skomplikowana scenografia, liczne kostiumy i trudna charakteryzacja wymagały ogromnego zaangażowania w produkcję. Presja i duże oczekiwanie podziałały jednak na twórców jak czerwona płachta na byka. Gorąca atmosfera wyzwoliła niezwykłą energię, która przełożyła się na niespotykaną dotychczas precyzję wykonania. To od czasu genialnego Chicago najlepszy spektakl w dorobku Korwina. Chociaż takie porównania w przypadku Shreka nie mają sensu. Skala tego widowiska przewyższa wszystko, co było dotychczas prezentowane na gdyńskiej scenie. I dopiero teraz w pełni zasłużenie można wrócić do powstałego ponad 20 lat temu hasła „Broadway nad Bałtykiem”.

Zresztą tym razem to sam Broadway upomniał się o Gdynię. Propozycja wystawienia musicalu przyszła od Amerykanów, w najlepszym dla teatru momencie. Po Lalce w reżyserii Wojciecha Kościelniaka i Spamalocie Korwina Muzyczny znalazł się na ustach wszystkich, po raz pierwszy także w ogólnopolskich mediach. Nie ma więc wątpliwości, że to wyraz uznania dla dotychczasowych dokonań Teatru. Chociaż nie można zapominać, że musical to dzisiaj przede wszystkim dobry biznes, a Shrek nie do końca był gwarantem sukcesu. Na Broadwayu wystawiany był co prawda 500 razy, ale to wynik niedający mu miejsca w pierwszej setce najdłużej granych tytułów. Trudno się więc dziwić amerykańskim agentom, że chcieli szybko wyeksportować go w świat.

Zanim jednak spektakl zaistniał na gdyńskiej scenie, pojawił po małym liftingu i z kilkoma na nowo ułożonymi piosenkami w Londynie. Tam musiał stawić czoła ogromnej konkurencji. West End to w końcu druga światowa stolica musicalu, w której udana premiera jest tylko krokiem do sukcesu, szczególnie gdy co wieczór we wszystkich teatrach granych jest tam prawie 30 spektakli. Po kilku miesiącach od pierwszego pokazu Shreka, który miał miejsce w lipcu 2011 roku, trudno przewidzieć, czy zagości on na długie lata na afiszu, czy może podzieli los swojego amerykańskiego pierwowzoru. Jedno jest jednak pewne, że w konfrontacji z gdyńską realizacją nie miałby większych szans na powodzenie.

 

Imponująco na scenie Teatru Muzycznego prezentuje się scenografi a Pawła Dobrzyckiego, fot. Marcin Rakowski

Maciej Korwin zabiera bowiem widzów na prawie trzy godziny do prawdziwego zielonego lasu, w którym nie brakuje żadnego z obowiązkowych musicalowych elementów. I pomimo że Muzyczny nie dysponuje budżetem, na który mogą sobie pozwolić zachodnie teatry (amerykański Shrek kosztował ponad 20 milionów dolarów), udało się wykreować świat, w którym zatapiają się zarówno dzieci, jak i dorośli. Reżyser być może postawił na zbytnią dosłowność, ale uniknął dzięki temu kiczu, który chwilami drażni w planszowej scenografii londyńskiej realizacji. Są więc wielkie drzewa, które wędrują po scenie teatru, jest mroczny zamek Smoczycy oraz jego piękna właścicielka, która wabi nas swoimi długimi rzęsami. Perfekcyjnie powiązano wszystkie te elementy, zaprojektowane przez Pawła Dobrzyckiego, z grą aktorów, warstwą muzyczną, efektami specjalnymi i nowymi znakomitymi światłami.

Rozmach widowiska robi niesamowite wrażenie. Chwilami aż trudno uwierzyć, że całość nie jest sterowana komputerowo, a napędzana siłą ludzkich mięśni. Ale mimo tych technicznych ograniczeń twórcom udało się uniknąć tzw. dziur, które w naturalny sposób powstają w czasie karkołomnych zmian scenografii. Nie ma opóźnień, a każdy element pojawia się na scenie i z niej znika w odpowiednim momencie. To techniczny majstersztyk, jakiego jeszcze w Teatrze Muzycznym nie widzieliśmy.

Imponująco prezentuje się skomplikowana charakteryzacja, w tym silikonowe maski, które nie ułatwiają zadania aktorom. Do tego dochodzą udane, chociaż chwilami zbyt mocno uciekające w nieuzasadniony polski folklor kostiumy. I chyba jeden z najmocniejszych elementów tego musicalu – muzyka Jeanine Tesori. Łamiąca konwencję, odwołująca się do wszystkiego, co najlepsze w historii muzyki, od popu przez soul i rap po klasykę. To prawdziwy kolaż dźwięków i stylów, który w wykonaniu orkiestry pod dyrekcją Dariusza Różankiewicza wybrzmiał znakomicie.

W zespole twórców nie mogło zabraknąć Wierzbięty, który ponownie współpracuje z gdyńskim teatrem. Jego przekład jest przede wszystkim zabawny i niebanalny, a przy okazji zawiera w sobie kilka trójmiejskich smaczków. Jednak następnym razem wolałbym zobaczyć produkcję, która nie będzie już zbiorem przełożonych na polski grunt dowcipów. Bo o tym, że Muzyczny stać na wielkie widowisko, już wiemy i dobrze, żeby broniło się ono dzięki swoim wartościom, a nie ciągłym puszczaniem oka do widzów.

W tak wymagającym spektaklu techniczna materia nie przysłoniła tego, co najważniejsze, czyli aktorów. W niektóre role wcielają się dwie, a w te główne nawet trzy osoby. Niestety liczba aktorów nie zawsze przeszła w aktorskie perełki. Z całości można by jednak z powodzeniem stworzyć obsadę marzeń.

Niekwestionowaną gwiazdą musicalu jest Łukasz Dziedzic. Jego lord Faarquad, zniewieściały książę z rozdmuchanym ego, zbiera zasłużone brawa rozbawionych widzów. Atutem postaci jest charakteryzacja, która wymusza na aktorze poruszanie się na kolanach oraz ciekawie rozpisana partia wokalna. Dziedzic ma niejedną okazję do zaprezentowania całego wachlarza swoich umiejętności. Mam wrażenie, że to jego rola życia, gdyż czaruje nie tylko głosem, ale i zabawną kreacją, którą zrywa z dotychczasowym scenicznym emploi.

Z tak wyrazistym Faarquadem zmaga się trójka głównych bohaterów. Szczególnie trudne zadanie stoi przed Shrekiem, który jest uwięziony pod zieloną maską. Rafał Ostrowski, Jacek Wester i Paweł Tucholski nie mają wielkiej szansy, aby pokazać swoje aktorskie możliwości. Ich ruch został mocno utrudniony, a mimika twarzy ograniczona do minimum. Siłą postaci jest tylko głos i w tej rywalizacji najlepiej wypada Tucholski. Shrek to nie tylko budzący grozę zielony ogr, ale i niezdarny chłopiec, nieco onieśmielony budzącym się w nim uczuciem do księżniczki Fiony. Dwoistość jego natury znakomicie oddaje śpiew Tucholskiego. Piękna barwa głosu i moc chwilami chwytają za gardło.

 

Osioł (Tomasz Więcek), Fiona (Agnieszka Babicz) i Shrek (Paweł Tucholski), fot. Piotr Manasterski Osioł (Tomasz Więcek), Fiona (Agnieszka Babicz) i Shrek (Paweł Tucholski), fot. Piotr Manasterski

Oczywiście nie byłoby Shreka bez Osła, który dzielnie towarzyszy w podróży po uwięzioną na wieży księżniczkę. Kompan rozjaśnia tytułową postać i nadaje jej nieco komediowego charakteru. Duża w tym zasługa doskonale dobranej obsady, w której wszyscy wypadają wybornie. Zarówno uwielbiany przez publiczność i doświadczony Tomasz Więcek, który nakreślił swoją postać grubą kreską, jak i debiutujący w tak dużym scenicznym widowisku Kamil Dominiak. Jego Osioł w przeciwieństwie do kreacji Więcka jest bardziej stonowany, mniej ekspresyjny, ale na swój sposób zabawny i, co ważne, dobrze zaśpiewany. Dominiak szczególnie dobrze wypada w żywiołowym numerze z trzema Ślepymi Myszkami w drugim akcie. W rolę Fiony wcielają się również trzy aktorki, ale zdecydowanie prym wiedzie Marta Wiejak, która gra w Teatrze Muzycznym gościnnie. To tu stawiała pierwsze kroki na scenie już w trakcie nauki w Studium Wokalno-Aktorskim. Wiejak wyjechała z Gdyni jako młoda adeptka i po teatralnych doświadczeniach w kraju powróciła po pierwszoplanową rolę. Stworzyła znakomitą kreację, nie tylko od strony aktorskiej, ale i wokalnej. Wrażenie robi jej ogromna lekkość, naturalność i wdzięk. Nie brakuje jej charyzmy, którą nieco przysłania zielonego adoratora. Fiona jest zadziorna i świadoma swoich atutów, wyrazista, ale nie przerysowana. Tego samego nie da się powiedzieć o zaskakującej kreacji Marty Smuk, wcielającej się w postać Smoczycy. Tej partii nie wykonuje jednak zza kulis, jak to ma miejsce we wszystkich innych realizacjach Shreka, ale towarzyszy swojej bohaterce na scenie. Smuk zachwyca głosem, ale tym razem to nie ona powinna być gwiazdą, bo w tym spektaklu to miejsce dla „monstrualnej piękności”, a nie jej żywego wcielenia. Reżyser zamiast uruchomić wyobraźnię widzów podał im wszystko jak na tacy.

 

Ozdobą spektaklu jest barwny pochód znanych bajkowych postaci, fot. Piotr Manasterski Ozdobą spektaklu jest barwny pochód znanych bajkowych postaci, fot. Piotr Manasterski

Podobnie jest w przypadku Wilka znanego z Czerwonego Kapturka. Chociaż w tym przypadku chodzi nie o dosłowność, a o brak umiaru. Ubrany w szlafrok transwestyta w wykonaniu Saszy Reznikowa w pierwszych scenach bawi. Ostre i chwilami na granicy dobrego smaku (z pewnością nieprzeznaczone dla najmłodszych) gagi są jednak nadużywane do granic możliwości. Wilk zbyt mocno dominuje nad swoimi bajkowymi komp anami, wśród których jest m.in. Cukrowa Wróżka (Anna-Maria Urbanowska/Marta Bacajewska), Piotruś Pan (Paweł Kubat/Adam Zawicki) i Kot w Butach (Łukasz Czerwiński/Michał Zacharek). Ta wesoła gromada pod dowództwem Pinokia (Mateusz Deskiewicz/Tomasz Gregor) przemierza las wzdłuż i wszerz, wprowadzając do spektaklu niesamowitą dawkę radości, feerię barw oraz zabawne cytaty. Jednocześnie propaguje ważne przesłanie spektaklu, o które walczy do samego końca – każdemu należy się szacunek i wolność, a przede wszystkim możliwość bycia innym.

 

Znakomita Marta Smuk swoją kreacją przysłoniła piękną i monstrualną Smoczycę, fot. Piotr Manasterski Znakomita Marta Smuk swoją kreacją przysłoniła piękną i monstrualną Smoczycę, fot. Piotr Manasterski

Odmieńców w Shreku nie brakuje i z pewnością nie dadzą o sobie szybko zapomnieć. Musical już dzisiaj jest frekwencyjnym hitem i miejmy nadzieję, że na długo zagości w repertuarze. Nasuwa się tylko pytanie, co dalej? Chyba nikt już nie ma wątpliwości, że adres Teatru Muzycznego na dobre zagościł w notesach amerykańskich agentów. Może tym razem czas na pierwszą ligę światowego musicalu? W kolejce czekają hity, m.in. Billy Elliot i The Wicked. Oby kiedyś na gdyńskiej scenie.

 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

BLIZA Nr 3 (30) 2017

ADAPTACJE

Drodzy Czytelnicy!

Na co dzień nie uświadamiamy sobie, jak ważną rolę odgrywa i jak wszechobecna jest adaptacja. To nie tylko mniej lub bardziej skomplikowane próby przetworzenia choćby literatury na spektakl, film czy serial, to wszelkie usiłowania opowiedzenia jednej formy przez drugą, także odzwierciedlenia w kompozycji ogrodu elementów Wszechświata czy wprowadzenia pluszowego misia w możliwie wiele sfer ludzkiego życia, gdy adaptacja dotyczy kultury pop. I o tym także piszą nasi autorzy.
Adaptacja wymaga finezji, wyczucia i talentu tłumacza. Rozumienia pierwszego języka i umiejętności wyrażania się w drugim. Adaptujący ma do dyspozycji kilka filozofii i wiele możliwości. Musi wybierać i potwierdzać swój wybór, udaje się to różnie, a rezultaty działań oceniają eksperci i publiczność.
My także pochyliliśmy się nad różnymi formami tej sztuki. Oprócz współpracujących z nami krytyków i recenzentów w numerze opowiadają o nich także sami twórcy, wybitni pisarze, filmowcy, plastycy.
Wewnątrz dołączamy także nawiązujący odważnie do tematu arkusz plastyczny Jacka Kornackiego ze współpracującej z nami Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.
Śmiało możemy więc życzyć nie tylko ciekawej lektury, ale i uczty wizualnej.

Adam Kamiński

Więcej...