Adam Kamiński

 

 

Crash

Kilka wariacji na tematach wypadkowych

 

 

To było coś: razem z dwoma kolegami wtaczaliśmy bmx-y na Diabelną, górę, która zaczynała się tam, gdzie kończyła się ulica Wolności, z prawej strony, a następnie zjeżdżaliśmy po pełnym korzeni i wypustów stoku, żeby już przy końcu, korzystając z naturalnej skoczni, oderwać się od roweru i samemu przelecieć jak najdłuższy odcinek w powietrzu. Końcowy manewr był dość skomplikowany, ponieważ w ostatniej chwili przed rozdzieleniem należało skierować rower w przeciwną stronę niż ta, w którą się udawaliśmy, w krzaki. Jeśli popełniło się w tej końcowej sekundzie błędy, można było wylądować nie na wąskim materacu trawy, ale w jeżynach lub też na stalowej ramie, która po raz pierwszy w życiu mogła okazać się naprawdę nieprzyjazna. Skok można było oczywiście zamarkować, wytracając przed nim znacznie prędkość, ale na kolegów, którzy uciekali się do tego, spoglądałem z prawdziwą pogardą i miałem nadzieję, że podobnie czyni damska część publiczności, w czym zresztą – jak w wielu innych sądach na temat płci przeciwnej – generalnie się myliłem, co nie zmienia faktu, że z jednego z tych występów, już chociażby dlatego, że do dziś pozostały mi po nim na lewym ramieniu piękne, złotawe pręgi, dużo efektowniejsze niż niejeden tatuaż, nigdy nie będę mógł zapomnieć. Był to występ, w czasie którego zbyt późno oderwałem się od roweru.

 

Oczywiście, że w wieku dziesięciu lat nie znałem jeszcze Crash Davida Cronenberga, a jednak musiałem już przeczuwać piękno, jakie podniecało bohaterów tego filmu. „Wypadek samochodowy kręci bardziej niż jakakolwiek katastrofa. Wyzwolenie energii seksualnej. Medytacja nad seksualnością tych, którzy zginęli, z intensywnością, która nie jest możliwa w żadnej innej formie” – mówi Vaughan do James’a. Triada wypadek–seks–śmierć będzie przewijała się w tym filmie od początku do końca w najróżniejszych konfiguracjach, przy czym śmierć będzie tu przede wszystkim rozumiana jako wstrząs, okaleczenie, „petit morte”, bo ta prawdziwa – ostateczne spełnienie i najwyższe wtajemniczenie – pozostanie – przynajmniej dla głównych bohaterów – w sferze pragnień. Oprócz Vaughana.

 

Adoracja uszkodzonych kończyn w Crash Davida Cronberga Adoracja uszkodzonych kończyn w Crash Davida Cronberga

Adoracja uszkodzonych kończyn w Crash Davida Cronberga Adoracja uszkodzonych kończyn w Crash Davida Cronberga

 

 

 

 

 

 

 

Adoracja uszkodzonych kończyn w Crash Davida Cronberga Adoracja uszkodzonych kończyn w Crash Davida Cronberga

Adoracja uszkodzonych kończyn w Crash Davida Cronberga Adoracja uszkodzonych kończyn w Crash Davida Cronberga

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Motyw tworzenia poprzez niszczenie „nie jest dla nas – cytując inny film – żadnym nihil novi”. To jeden z podstawowych mitów budujących kulturę chrześcijańskiej Europy. Rozpoczęta przez historię Ozyrysa seria opowieści o odrodzeniu ze śmierci jest ściśle powiązana ze zjawiskami przyrody. Myślę jednak nie tylko o cykliczności świata roślinnego, ale i o zjawiskach bliższych nam, do których podchodzimy bardziej emocjonalnie, z życia zwierząt, takich jak tarło łososi, zabójczych godach modliszek czy ptaszników. Dla chwili kopulacji żywe stworzenia gotowe są nie tylko zaryzykować, ale i ofiarować swoje istnienia. Konstrukcja poprzez destrukcję dzięki człowiekowi musiała więc zawitać i do świata maszyn.

Fetyszami w świecie Crash stają się nie tylko rozbite auta, ale i inne ślady po wypadkach, blizny na ciele czy ortopedyczne wsporniki, którymi usztywnia się połamane nogi. Kilka razy opowiadałem już przyjaciołom anegdotkę obrazującą, jak dziwne rzeczy mogą nas podniecać. Wspominałem spotkanie z koleżanką, w której jeszcze w podstawówce beznadziejnie się kochałem. Podczas spotkania po latach odważnie mi wyznała, że jedynym afrodyzjakiem, jaki na nią działał i nadal działa, są kończyny w gipsie. „Może i dobrze, że nie wiedziałem o tym wcześniej” – odpowiedziałem.

 

– Myślicie, że mama jest w szoku? – pyta Ania.

– Nie wiem, przez telefon mówiła dość rozsądnie – odpowiada Magda.

– Hmm... To rzeczywiście dość niepokojące.

Z siostrzenicami jadę po moją siostrę, która pół godziny wcześniej zadzwoniła, że wracając z urlopu, skasowała toyotę na drodze pod Sławnem. Zjechała na prawo, żeby ustąpić samochodowi, który ją wyprzedzał, tylko za bardzo, bo pobocze ją ściągnęło, auto spadło z nasypu, obiło się o kilka drzew, przekoziołkowało i zatrzymało na boku od strony pasażera. Na szczęście od razu zatrzymali się inni kierowcy, którzy wyciągnęli ją z wnętrza, wezwali policję i pogotowie – lekarz po wstępnym badaniu nie odkrył poważniejszych urazów. Tyle wiedzieliśmy w tamtym momencie.

– Pamiętacie scenę z wypadkiem z Dzikości serca Lyncha? – pytam i, ponieważ nie słyszę odpowiedzi, zaczynam opowiadać. – Zaczyna się od tego, że Sailor (Nicholas Cage) i Lula (Laura Dern) w światłach reflektorów – jest noc – zauważają rozrzucone na jezdni ubrania. Dojeżdżają do miejsca na poboczu, gdzie na dachu leży rozbity samochód. Wychodzą z wozu, żeby sprawdzić, co się stało. Obok wraku widzą ciała, leży dziecko i dorosły. Po chwili z głębi ciemności, od strony lasu wychodzi na nich drobna, może osiemnastoletnia dziewczyna z zakrwawioną szyją i czerwonym wzgórzem między pięknymi ciemnymi, kręconymi włosami. „Zgubiłam gdzieś portmonetkę – denerwuje się. – Gdzie ona jest? Nie wiem, co się z nią stało. Mama mnie zabije”. Sailor chce jej pomóc, prosi, żeby się uspokoiła, ale dziewczyna jest w histerii. Opowiada o tej zgubionej portmonetce, woła matkę, podchodzi bliżej kamery, wkładając palce między włosy, z których jak z wulkanu zaczyna wypływać krew. Wtedy widzimy, że rana nie jest tylko powierzchowna. Dziewczyna mówi coś jeszcze o grzebieniu, po chwili upada, z jej ust płynie krew. Sailor i Lula rozumieją, że umarła.

 

Toyota mojej siostry na lawecie, fot. Magda Bogusław Toyota mojej siostry na lawecie, fot. Magda Bogusław

– Mocne – mówi Ania.

Może godzinę później, kiedy docieramy na miejsce kraksy, wrak jest już wciągnięty na lawetę. Facet z pomocy drogowej o miłej, uśmiechniętej twarzy anioła stróża, wrzuca do kabiny oderwane plastiki z toyoty, a moja siostra krąży po lesie, szukając klapki od telefonu komórkowego, zupełnie jak Sherilyn Fenn u Lyncha.

 

 

 

Marek kilka razy robił mi już filmowe testy. Tym razem zaprosił mnie do kinowego pokoju, żeby włączyć fragment rozpoczynający się w kabinie mercedesa. Pan Eddy z mechanikiem u boku i dwoma ochroniarzami z tyłu rozkoszuje się dźwiękiem pracy silnika swojego czarnego mercedesa. Jadą w miarę spokojnie dość wąską górską serpentyną. Nagle na zderzaku zaczyna siedzieć im srebrne wyścigowe auto, kręci się niecierpliwie, trąbi, chce wyprzedzić mercedesa. Pan Eddy mówi: „K... Czy ten ch... robi to, co mi się wydaje, że robi?”, ale zjeżdża na prawo, otwiera szybę, macha ręką, żeby zniecierpliwiony kierowca mógł go wyprzedzić. Tamten od razu korzysta, przejeżdżając obok, pokazuje panu Eddy’emu środkowy palec, co sprawia, że w kabinie mercedesa ochroniarze natychmiast jednocześnie zapinają pasy, pan Eddy mówi: „W tym momencie mechaniczna doskonałość i 1400 koni mechanicznych się opłaca”, po czym przydusza gaz do dechy. Słyszymy wyjący silnik, pisk opon i widzimy licznik, którego strzałka błyskawicznie skacze do ponad 150 km/h. Mercedes z impetem ładuje się na zderzak srebrnej wyścigówki i zaczyna ją pchać przed sobą, tamta próbuje uciec, ale jej się to nie udaje. W końcu ląduje na poboczu. Pan Eddy z pozostałymi wysiada, wyciąga spluwę, a jeden z jego ochroniarzy rozbija szybę w wyścigówce. Pan Eddy wyciąga z kabiny wrzeszczącego kierowcę, pierze go po pysku i...

 

Pan Eddy podczas płomiennego kazania na temat bezpiecznej jazdy w Zagubionej autostradzie Davida Lyncha Pan Eddy podczas płomiennego kazania na temat bezpiecznej jazdy w Zagubionej autostradzie Davida Lyncha

Tutaj Marek wciska pauzę, a ja mówię: „No oczywiście. Zagubiona autostrada Lyncha”. „Chyba nie spodziewałeś się, że zapytam cię o tytuł... – śmieje się mój gospodarz. –  Powiedz mi, co pan Eddy mówi tamtemu kierowcy”. I tu mnie ma. „No wiesz – kręcę – oglądałem to jakiś czas temu... Nie pamiętam dokładnie...”. „No to słuchaj” – palec na pilocie wędruje na dobrotliwy „play”, a ja słucham, jak pan Eddy z najwyższą furią i zapamiętaniem wrzeszczy ponad siedzącym przerażonym i zdumionym kierowcą: „Nigdy więcej, k..., nie siedź na ogonie! Nigdy! Wiesz, ile pierd...ch długości auta potrzeba, żeby zatrzymać samochód jadący 35 mil na godzinę?! Sześć pierd...ch długości auta! To 106 pierd...ch stóp, facet! Gdybym się nagle zatrzymał, to byś we mnie uderzył! Chcę, żebyś wziął instrukcję kierowcy! Chcę, żebyś ją przeczytał! I chcę, żebyś przestrzegał pierd...ch zasad! 50 pierd...ch tysięcy osób zginęło na autostradzie w zeszłym roku, przez pierd...ch dupków takich jak ty! Powiedz mi, że weźmiesz instrukcję!” „Wezmę instrukcję” – odpowiada tamten, ale i tak nie udaje mu się uniknąć silnego kopniaka na pożegnanie. Zwija się na ziemi i płacze. „Przepraszam za to, Pete – mówi pan Eddy do mechanika, kiedy mercedes jedzie już spokojnie dalej. – Ale siedzenie na ogonie to jedyna rzecz, której nie mogę tolerować”. „Tak, widzę” – odpowiada tamten.

„Najbardziej płomienne kazanie, jakie ostatnio słyszałem!” – mówię, a Marek uśmiecha się tym tajemniczym uśmiechem dalekowschodniego kapłana, który wprowadził swojego ucznia w tajniki ważnego obrzędu.

 

Sesja fotografi czna na miejscu katastrofy w Crash Davida Cronberga Sesja fotografi czna na miejscu katastrofy w Crash Davida Cronberga

Najpoważniejszy wypadek samochodowy, w jakim uczestniczyłem, był śmiertelny. Miałem prawdziwe szczęście, że wyszedłem z niego cało. Jechałem z prędkością bliską setki ulicą Wielkopolską w dół, w stronę Orłowa, kiedy oczekujący na przeciwległym pasie do skrętu w lewo, w prostopadłą ulicę Spokojną (nazwa ulicy jest związana z przepięknym cmentarzem, jaki rozciąga się na wzgórzu u jej szczytu), żuk, powoli, jakby celowo, ruszył w poprzek ulicy tuż przed mojego lanosa. Nigdy jeszcze z taką siłą i tak gwałtownie nie wcisnąłem pedału hamulca, i nigdy tak szybko, bez zerknięcia w lusterko nie odbiłem kierownicą w lewo, żeby go ominąć. Wcale nie przymknąłem oczu, a i tak zobaczyłem bardzo dokładnie, jak w filmowym zwolnieniu, zieloną maskę, która zbliża się do kanciastego, pordzewiałego cielska, ujrzałem, jak się składa z tym wcale niegłośnym, raczej stłumionym, odgłosem prasowanej blachy, i wcina tuż pod moją głową, oddzielając ją od korpusu jak czerep świętego Jana i otaczając aureolą świetlistych cząsteczek hartowanego szkła. To było piękne. Dopiero po chwili zorientowałem się, że o kilka centymetrów, może nawet milimetrów, udało mi się ominąć zawalidrogę. Pas, na który uciekłem, także był pusty. Oprócz tego, że umarłem, nic mi się nie stało. W lusterku zobaczyłem pokraczną maszynę, jak nie śpiesząc się i nie przejmując moim stanem ani nawet przeraźliwym piskiem opon, w żółwim tempie toczyła się dalej w stronę cmentarza. Nacisnąłem klakson i trzymałem go tak długo, póki nie rozproszył całkowicie ostatniej z tych wizji. Myślę, że nawet wyczuleni na hałas świadkowie tej sceny musieli mi to wybaczyć. Myślę też, że tym żukiem jechali jacyś kunktatorscy grabarze.

 

Jest scena w Crash ukazująca dość powszechną cechę natury ludzkiej, której tylko delikatny rozrost prowadzi o dewiacji. Na zastrzeżonej częstotliwości Vaughan słyszy w CB-radio wezwanie karetki pogotowia na miejsce wypadku samochodowego. Razem z James’em i Catherine jadą na miejsce, żeby popatrzeć, a nawet wykonać sesję zdjęciową na miejscu kraksy.

Na tym powinienem zakończyć. Kto oparł się pokusie popatrzenia na jeszcze dymiące miejsce katastrofy, niech pierwszy rzuci kamień.

 

 

Komentarze 

 
#1 CrashReta
2015-10-06 13:17 | email: retareiner@gmail.com | adres ip: 177.133.121.228
Bardzo interesująca wypowiedź, serdecznie polecam. Mam nadzieję, że zainteresuje kogoś tak samo mocno jak mnie.


My web page Tabliczki znamionowe: Tabliczki-znamionowe.org.pl/
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

BLIZA Nr 3 (30) 2017

ADAPTACJE

Drodzy Czytelnicy!

Na co dzień nie uświadamiamy sobie, jak ważną rolę odgrywa i jak wszechobecna jest adaptacja. To nie tylko mniej lub bardziej skomplikowane próby przetworzenia choćby literatury na spektakl, film czy serial, to wszelkie usiłowania opowiedzenia jednej formy przez drugą, także odzwierciedlenia w kompozycji ogrodu elementów Wszechświata czy wprowadzenia pluszowego misia w możliwie wiele sfer ludzkiego życia, gdy adaptacja dotyczy kultury pop. I o tym także piszą nasi autorzy.
Adaptacja wymaga finezji, wyczucia i talentu tłumacza. Rozumienia pierwszego języka i umiejętności wyrażania się w drugim. Adaptujący ma do dyspozycji kilka filozofii i wiele możliwości. Musi wybierać i potwierdzać swój wybór, udaje się to różnie, a rezultaty działań oceniają eksperci i publiczność.
My także pochyliliśmy się nad różnymi formami tej sztuki. Oprócz współpracujących z nami krytyków i recenzentów w numerze opowiadają o nich także sami twórcy, wybitni pisarze, filmowcy, plastycy.
Wewnątrz dołączamy także nawiązujący odważnie do tematu arkusz plastyczny Jacka Kornackiego ze współpracującej z nami Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.
Śmiało możemy więc życzyć nie tylko ciekawej lektury, ale i uczty wizualnej.

Adam Kamiński

Więcej...