Radosław Wiśniewski


LOSY LITERATURY W SIECI

Zabobonny mem, który mówi o tym, jak dobry czarodziej internet miał wyprowadzić lud poetycki w szerokie przestrzenie,
a wyprowadził w pole
Stanowczo za daleko poszliśmy w uprzejmości względem zabobonnych mędrków. Wypada raz wreszcie z tym skończyć, odróżnić hipotezę naukową od widzimisię demagoga, naukę od fantazji, uczciwy wysiłek filozoficzny od pustej gadaniny. A to tym bardziej, że owa gadanina miewa, niestety, tragiczne skutki
J. M. Bocheński OP, Sto zabobonów


1.


W każdej dziedzinie ludzkiej aktywności roją się takie sądy, które można uznać za zabobonne. Uprawomocnione pozostają jedynie czasem trwania, częstością powtarzania, a także liczbą narosłych wokół nich drugo- i trzeciorzędnych interpretacji. Ich trwanie jest tym silniejsze, im bardziej oczywistych i ogólnych zjawisk zdają się dotyczyć. Wydaje się, że nie inaczej jest na szerokim polu otaczającym ostrokół literatury, szczególnie tej nowej literatury, szukającej sobie miejsca, wyrugowywanej i powracającej co chwila na upatrzone pozycje. Hasa sobie tam i wokół zupełnie swobodnie wiele memów, co to jedne mają różki i brykają, a znowu inne – pełzają, jako wąż podstępny, czy wreszcie szepczą kłamstwa, roztaczają iluzje jak wytrawni kłamcy. Złe memy, które mam na myśli, replikują się w potocznej świadomości, która bywa legitymizowana przez głosy akademickie, jak mentalne odpowiedniki pustych genów, których jedyną rolą jest to, że się replikują. Tak też i memy trwają z wypowiedzi na wypowiedź, powielają się na językach dyskutantów – nie niosąc ze sobą żadnej informacji, czasem fałszując fakty, nie zbliżając się ani na krok do opisywanych zjawisk, za to pochłaniają masę energii, imitując komunikację i przekaz informacji. Są pozorem informacji. Nie wiem, czy nie są bardziej podobne wirusom, bakteriom i innym niesympatycznym prostym konstruktom biologicznym, których głównym zajęciem jest chorobliwe namnażanie się. Memy bowiem – czyli owe mentalne żyjątka, zbyt proste by nazwać je poglądami – bywają treściwe i mniej treściwe, acz na pozór wyglądają bardzo podobnie. Bywają też memy wprost fałszywe i zabobonne, w rozumieniu bliskim temu, jakie przytaczam w motcie do tego tekstu.

Pośród wielu fałszywych memów, które obsiadły współczesną polską literaturę, są i takie, które mają postać strupieszałego ukwiału, strupa, skorupki, która nasiąkła za młodu i na starość też nasiąka, chociaż martwa i nie dyga. Ich moc deformująca jest mniejsza niż tych, które pozostają wciąż żywe i kąsają – jak mem mniemanej kariery literackiej czy mem bezbrzeżnej kałuży piśmiennictwa literackiego – ale nadal ją posiadają. Trochę jak trwałe zanieczyszczenie obiektywu lub przebyty trądzik młodzieńczy. Niby już nie ma choroby, ale ślad pozostaje. Takim właśnie zabobonem, zbiorem nieprawdziwych i złudnych poglądów, co gorsza, poglądów wzniecających i podtrzymujących nadzieję na lepsze jutro, jest mem dobrego czarodzieja z internetu. Wiąże się on z tym, że w ogóle po internecie i technologiach IT obiecywano sobie swego czasu bardzo wiele i wietrzono rewolucję, która obejmie wszystkie dziedziny życia, w tym literaturę i jej istnienie w świecie. Przy czym uściślijmy – zmiany rzeczywiście zaszły, nie ma co z tym dyskutować – nie takie jednak, jakie obiecywano sobie dziesięć czy piętnaście lat temu. Literatura, a szczególnie poezja, miała stać się bardziej dostępna, miała mieć większe możliwości wyjścia do czytelnika, odbiorcy, odnalezienia się w role-playing game, gdzie role miały się zmieniać. Internet miał oznaczać koniec getta poezji i literatury. Domniemanie, które okazywało się w skali ogólnej wątpliwe, w skali szczególnej bywało wręcz zabójczo mylne. Mem dobrego czarodzieja z internetu w wersji literackiej przyjął cztery postaci szczególnie szkodliwych i złośliwych prawd wiary, które podpierając się częściowo realnymi okolicznościami, wyprowadzały w pole:

Po pierwsze, mem głosił, iż w związku z tym, że dostęp do treści zamieszczonych w internecie jest powszechny, nielimitowany czasem i przestrzenią – zwiększy się uczestnictwo w życiu literackim, a niskonakładowe pisma literackie oraz tomiki zamienią się w powszechnie dostępne e-booki i e-pisma dostępne tysiącom ludzi, którzy nie mają w swoim mieście salonu prasowego EMPIK-u. Tym samym internet wyprowadzi dzieci literatury, a w szczególności poezji, z niszy, z domu niewoli i niewielkiego znaczenia.

Po drugie, mem głosił, że w internecie utrzymanie treści jest tanie i proste, czasem posuwając się do twierdzenia makabrycznie bałamutnego, że publikacja w sieci nic nie kosztuje i jest darmowa albo prawie darmowa. Ociężały papier, tomiki wierszy kosztujące z drukiem, korektą, projektami graficznymi grube tysiące złotych, co hamowało możliwości ich wprowadzania do normalnego obiegu księgarskiego – miały ustąpić wersjom cyfrowym, formom dostępnym dla każdego.

Po trzecie, mem głosił przyspieszenie debaty literackiej, w której miał zastąpić przymierające już wtedy – u schyłku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia – pisma literackie, ukazujące się raz na kilka miesięcy, które nie miały szans nadążyć za polemikami (stan ten trwa do dzisiaj). Recenzje miały ukazywać się na bieżąco i miały na bieżąco być komentowane przez użytkowników sieci, wyciągając autorów z głuchej gęstwy. Miało się dziać, iskrzyć i błyskać. Koniec z przemilczanymi książkami, miesiącami oczekiwania na recenzje, które często ukazywały się (i ukazują) po roku, dwóch od publikacji!

Po czwarte wreszcie, mem ów głosił, że momentalność akcji i reakcji, powszechna dostępność treści, rzekoma anonimowość oraz zniesienie cenzusu finansowego (przecież miało być za darmo!) zniweluje sztuczną i nieprawdziwą hierarchiczność świata papierowej literatury, świata main¬streamu i komercji. Innymi słowy, obiecywał demokratyzację, śmierć towarzystw wzajemnej adoracji, sitw i koterii, bowiem siła wolnej internetowej amerykanki miała je zmieść z powierzchni ziemi. Miała nastać wreszcie nowa literacka republika. Wolna republika. Inna sprawa, czy rzeczywiście wzmiankowane koterie istniały, a jeżeli istniały lub istnieją, to czy rzeczywiście mają taki ogromny wpływ na nominowanie, nagradzanie, publikowanie i inne rzadkie przyjemności, jak się z pozoru wydaje, a o czym mówi mem spisku literackiego, jaki opisałem jakiś czas temu.

Siła przekonywania powyższych andronów należy już do przeszłości i niewielu będzie dzisiaj bronić podobnych nadziei związanych z rozpowszechnieniem internetu, a to dlatego, że powyższe nadzieje od dziesięciu lat w odniesieniu do literatury pozostają niespełnione, co w sposób niebudzący wątpliwości je falsyfikuje. Rachityczne życie literackie oczywiście przeniosło się do internetu, ale pozostało nadal rachityczne, tak jak było, a może nawet bardziej zwolniło tempo, bowiem zanim część aktorów się połapała, mem narobił strat w substancji literackiej jak mało który inny. A jak to się stało i jakie to były straty na starcie?


2.


Il. Magdalena Danaj Il. Magdalena Danaj

Zacząć trzeba od okoliczności, o której mem nie mówił i którą skrzętnie ukrywał – a mianowicie takiej, że informacja w sieci bywa mocno nietrwała. Żeby była trwała, potrzeba czasu, pieniędzy i przede wszystkim permanentnej woli podtrzymywania jej istnienia, ciągłego zasilania w energię elektryczną i kompatybilnego oprogramowania oraz otoczenia sprzętowego. Książka papierowa potrzebuje tego w o wiele mniejszym stopniu, raz wydrukowana pozostaje dość trwałym artefaktem materialnym. Książka czy czasopismo daje się przeczytać nawet po tym, jak się zmieni okulary, postawi na innym regale. Dla przetrwania treści zapisanej w książkach wystarczy brak nieszczęśliwych okoliczności – na przykład brak złej woli ludu, który podpala biblioteki. Żeby informacja była dostrzegalna, czyli dostępna, w sieci – musi trwać ciągły wyścig o aktualizację, pozycjonowanie treści w przeglądarkach itd. Ta okoliczność wydawała się być na początkowym etapie kompletnie niedostrzegalna dla wielu redaktorów i autorów, którzy przenosili swoje projekty do sieci, całkowicie zaniedbując ich istnienie w innych mediach, na przykład papierowych. Tak się stało z pismem „Kursywa” czy choćby z prężenie działającym i sprzedającym się pismem „undergrunt”, dla którego ostateczne przejście do sieci zakończyło się po kilku miesiącach, czyli po wyczerpaniu dotacji Fundacji Otwarty Kod Kultury, zupełnym zniknięciem. Co ciekawe, zamknięcie programu wspierania czasopism internetowych przez FOKK z miejsca spowodowało skasowanie wielu serwisów literackich, często w fazie częściowej rekonstrukcji i powstawania, bowiem o ile pamięć nie zawodzi – pierwsze i ostatnie dotacje pisma otrzymały na pół roku działalności i, jak się wydaje, owe dotacje były jedynymi realnymi pieniędzmi, jakie na ten cel przeznaczono w większej ilości w ostatniej dekadzie.

Dla porządku kronikarskiego przypomnijmy, że „Kursywa” eksperymentowała na linii styku świata wirtualnego i rzeczywistego, zaczynając jako dodatek do pisma „Opcje”, przy którym była rodzajem zajawki, przystawki do dań głównych – czyli większej liczby tekstów umieszczonych w serwisie pisma w internecie. Potem pismo przeniosło się całkowicie do sieci, by po roku czy dwóch wrócić częściowo na papier, jednak kiedy znikła wola podtrzymywania serwisu – i serwis znikł, wraz z nim w znacznej mierze bezpowrotnie zginęło archiwum tekstów stanowiących dokument życia literackiego. Co z tego, że było, skoro już wrócić i przekartkować, odnieść się do zamieszczonych tekstów – nie ma sposobu. Niskonakładowa publikacja pt. Złota kolekcja. Anologia „Kursywy” niewiele tu zmieniła, bowiem zawierała z konieczności jedynie wiersze, a proza, publicystyka i krytyka bezpowrotnie i w całości przepadła.

Podobnie rzecz się miała z czysto internetowym pomysłem na organizację dyskursu krytyczno-literackiego, jakim była trwająca około trzydziestu miesięcy odyseja projektu www.literatorium.pl. Trudno wyrokować, co legło u podstaw sukcesu, a potem porażki tego projektu, chociaż pomysł zebrania w jednym miejscu pięćdziesięciu czy stu głów rozmawiających o literaturze w warunkach realnych byłby nierealny, tymczasem w Literatorium przez szereg miesięcy to wychodziło i pewnie tylko dlatego udało się w ferworze walki piszącemu te słowa skrzyżować polemiczne szpady nad powieścią Zwał Sławomira Shutego na przykład z Dariuszem Nowackim. Potencjalnie rzecz niby nadal możliwa, ale odkąd Literatorium upadło – coś tych polemik w sieci zrobiło się mało. I dałoby się może jakoś to odżałować, gdyby archiwum ówczesnych polemik było dostępne. Jednak – podobnie jak w wypadku innych tego typu projektów – brak woli stałego podtrzymywania serwisu i pieniędzy powoduje jego nieodwołalne i całościowe zniknięcie. Literatorium było też straconą okazją dla stworzenia poprzez sieć i dzięki sieci instytucji kontrolnej w stosunku do rynku książki, oficjalnej hierarchii nagród literackich, która w tamtym czasie – przypomnijmy, były to lata 2003 i 2004 – obejmowała raptem kilka liczących się w skali kraju wawrzynów, a gremia jurorskie były tak leniwe, że kto otrzymywał Paszport Polityki, niechybnie był nominowany do Nike. W tamtych latach, w serwisie internetowym prowadzonym przez Fundację Literatury, zorganizowano bowiem dwie ankiety dotyczące najważniejszych książek danego roku i ich wyniki nie były tak bardzo oczywiste, szczególnie na miejscach poniżej pierwszej trójki pojawiały się książki i autorzy zaskakujący. No ale nic, było minęło, podaję z pamięci, bo nie mam już do czego się odnieść. Nie ma Literatorium i nie ma jego archiwum.

Mało kto pamięta bardzo silny i szybki tygodnik kulturalny www.tin.pl, a kto pamięta, ten nie znajdzie śladu publikowanych tam tekstów. Zamarły specyficzne strony, jakimi były blogi literacko-plotkarskie, zaś wśród nich poczesne miejsce zajmuje przymarły www.kumple.blog.pl, obok zaś www.lo-li-ta.pl czy swego czasu www.literacki.blog.pl, założony przez byłego już wówczas redaktora naczelnego pisma „undergrunt” – Wojciecha Giedrysa. I także szkoda, bowiem skoro bohema nie ma się gdzie spotkać w „realu” to byłaby szansa na to, żeby używała sobie wirtualnie. Takim miejscem nieobyczajnego momentami, tendencyjnego, złośliwego plotkarskiego życia był blog www.kumple.pl, jednak po kilku aferach i w związku z brakiem pomysłów na kolejne lata istnienia, obecnie trwa i wisi, ale bez przekonania.

Za straconą szansę dla literackiego internetu uznać wypada również blog literacki Marka Trojanowskiego, co do którego nie wiadomo, czy nie powinno się pisać „świętej pamięci”, bowiem 1 kwietnia 2011 roku na blogu znalazł się skan klepsydry obwieszczającej śmierć autora. Do tej pory nie natrafiłem na żadne informacje podważające lub potwierdzające śmiertelne zejście Trojanowskiego. Popularność tego bloga w środowisku wynikała zapewne z tego, że autor bezlitośnie glanował i niszczył wszystkich swoich rzekomych konkurentów – czyli ludzi o podobnej jak on sam metryce. Sam Trojanowski bowiem pisał wiersze i był w stanie dla nich wiele poświęcić, o czym świadczy historia jego zwolnienia z pracy na Uniwersytecie Zielonogórskim, co wydarzyło się po tym, jak w czasie prowadzonych przez siebie zajęć zaczął czytać swoje wiersze, na co młodzież poskarżyła się rektorowi.

Popularność bloga, którego główną treścią były jadowite napaści słowne na wszystkich po kolei, pokazuje, czym potencjalnie mógłby być literacki internet i jak mógłby falsyfikować narzucane odgórnie prawdy do wierzenia, jak na przykład takie, że Czesław Miłosz wielkim poetą był i kropka. Nie ma szans na polemikę w „Gazecie Wyborczej”, to proszę, są jeszcze sędziowie w sieci. Kłopot z Markiem Trojanowskim i jego krucjatą antyśrodowiskową polegał na tym, że za cel swojego ataku obrał niszę poetycką, a nie na przykład nominatów Nike, i w tym sensie bardziej wsparł ogólną tendencję do marginalizacji poezji, niż ją zrewidował. Im bardziej atakował i ciskał się po niszy, tym bardziej legitymizował układ, w którym nisza pozostaje niszą, a event eventem. Szkoda.

Listę straconych szans i zbyt pochopnie przeniesionych do sieci inicjatyw można by było pewnie jeszcze pociągnąć, nie jest ona krótka. Dla wielu kombinacja zbyt wielkiej wiary pokładanej w czterech podstawowych iluzjach memu o dobrym czarodzieju z internetu okazała się zabójcza.


3.


Warto w świetle powyższego wskazać, gdzie ów mem kłamał i dlaczego przytoczone powyżej jego cztery filary są obłudne, pokrętne i nie do przyjęcia. A zatem po kolei:

Po pierwsze, sam fakt powszechnej dostępności w internecie wielu treści nie czyni wiosny, bowiem tworzy chaos i szum informacyjny, w którym ginie to, co wartościowe, pod stosami tego, co mierne, a ponadto gdy mierny jest kontakt między nadawcami przekazu a jego odbiorcami, sama zmiana medium niewiele wnosi. Literatura, a szczególnie poezja, nie ma w Polsce poważania, prestiżu, miru – i nie mając prawie nic, traci to prawie nic z roku na rok, a co nie ma poważania w „realu”, rzadko ma poważanie w sieci.

Po drugie, utrzymanie treści w internecie jest tylko nieco tańsze i nieco prostsze niż utrzymywanie treści na papierze. Strony muszą być projektowane (projekty kosztują), kodowane (to też kosztuje), konserwowane (koszty), muszą być dla nich wykupywane domeny, serwery (koszty) itd. Przekonanie o tym, że prowadzenie strony nic nie kosztuje, jest nieprawdą, co wie każdy, kto próbuje to robić. Jedynym wyjątkiem są blogi, ale też stanowią one najprymitywniejszą formę istnienia w sieci i tutaj też panuje największy galimatias. Kto ma duże pieniądze, ten wybuduje duży serwis, umieści na nim reklamy, otaguje, wypozycjonuje, a kto nie ma pieniędzy na profesjonalną robotę, ten zdany jest na łut szczęścia – czyli tak samo jak w „realu”. Wielcy, silni i bogaci trzymają władzę i narzucają ton rozmowy, jej temat i język. Internetowy obieg literacki mógłby być rewizorem, ale nie jest. Bo tak samo jak w realnym życiu – nie ma tu pieniędzy. Kultura jest na marginesie trosk władzy publicznej i zarządców publicznych pieniędzy, a literatura jest na marginesie kultury, zaś poezja jest z kolei marginesem literatury. Internet jakoś tego nie zmienił.

Po trzecie, przyspieszenie debaty literackiej nie może być większe niż czas przygotowania sensownego tekstu na dany temat, czas jego lektury i poddania refleksji. Zazwyczaj jest to sporo więcej niż kilka chwil, o czym wie jednak tylko część użytkowników internetu, którzy piszą, co im nerw na palce przyniesie. W rezultacie w niektórych miejscach debata tak przyspieszyła, że w ogóle jej nie ma, bowiem utonęła w powodzi błahych komentarzy i docinków personalnych, które mnożą się wszędzie, gdzie nie czuć silnej ręki moderatora – mnożą się więc i w serwisach literackich. I jakoś tak dziwnie się składa, że nawet w tych społecznościowych serwisach, gdzie ludzie mogliby pogadać na temat tego, co piszą i co chcieliby osiągnąć artystycznie, z czym się zgadzają lub nie – od kilku lat fora dyskusyjne służą do powielania informacji o konkursach, ich wynikach i spotkaniach autorskich wokół ukazujących się książeczek użytkowników serwisu. O samych książkach jakoś zadziwiająco mało się dyskutuje. Pragmatyka wskazuje, że albo debata jest prowadzona szybko, ale wtedy traci sens i spoistość, albo ma sens, ale jest moderowana i wtedy już nie jest taka szybka. Co więcej, odbiorca internetowy jest nienawykły i niechętny długim tekstom, tasiemcowym łańcuchom wypowiedzi. A jak inaczej można prowadzić debatę wykraczającą poza ogólniki albo pyskówkę – nikt nie wie.

Po czwarte jednak i najważniejsze, hierarchizacja w świecie wirtualnym występuje w tym samym stopniu, co w rzeczywistym. Obieg internetowy nie wytworzył po prostu swojej alternatywnej hierarchii, chociaż istniały takie próby, być może nie zawsze świadome. W związku z powyższym jest oczywiste, że blog Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej czy Tadeusza Różewicza (gdyby go prowadzili) będzie się cieszył większą popularnością i będzie miał większą siłę rażenia niż blog powiedzmy Juliusza Gabryela lub też Dariusza Adamowskiego, mimo że mogą mieć podobnie ciekawe rzeczy do powiedzenia. Blog polecany i sponsorowany przez duże wydawnictwo będzie miał więcej odwiedzin niż blog świetnego krytyka literackiego. Zupełnie tak jak w „realu”.


4.


Nie znaczy to, że wszystkie projekty przenoszące literaturę do sieci były nietrafione, że nie zdarzyły się w tych latach historie zabawne, radosne, oburzające. Pewnie, że takie były, bowiem w pewnym sensie wszystkie te upadłe projekty na jakimś etapie były trafione, wydawało się, że mają szanse. Jednak – co już wspomniane zostało powyżej – wszystko odbyło się w znanej wszystkim niszy i nigdy z niej nie wykroczyło.

Szkodliwość memu widać po tym, że zabiera energię z rejonu, gdzie jest ona potrzebna i kieruje ją na ślepy tor. Można powiedzieć, że natura nie lubi próżni. Więc w miejsce rzeczy utraconych, przestrzeni w zaniku, powinno się pojawiać coś nowego – a się nie pojawia. To zresztą zjawisko, które towarzyszy nam od lat – coś znika, a w miejsce tego, co zniknęło, nie pojawia się nic nowego. Znikają pisma, wydawnictwa, księgarnie, antykwariaty, wolne fora, festiwale, a w ich miejsce nie pojawia się nic albo prawie nic. Dlatego ceni się coś, co jest i warto było podtrzymywać to, co już było, zamiast ulegać mirażowi, że teraz zrobimy takie samo pismo, serwis, zamiast wydawnictwa – tylko bez ograniczeń objętości, finansowych. Jak na razie wiele wskazuje, że dobrze działają w internecie te rzeczy, które potrafią w jakiś sposób przekładać się na świat realny. Tam, gdzie tego drożnego przejścia nie ma – prędzej czy później przychodzi stagnacja. Kiedy zatem obserwuję rozsądniejsze już poczynania takich ludzi jak Leszek Onak, który stworzył serwis www.niedoczytania.pl oraz www.liternet.pl, kiedy widzę, jak dzielnie trzyma się www.artpapier.pl i jak autorzy mimo wszystko pilnują aktualizacji w serwisie www.literackie.pl, to myślę, że nisza trzyma się mocno. Szkoda tylko, że to nadal grajdołek kilkuset, góra kilku tysięcy użytkowników. Szkoda też, że na drodze do zdrowego rozsądku poległo kilka projektów. No ale straty w długim marszu muszą być. Trudno.

 


 

Komentarze 

 
#8 A Secret World Of Teenage 'Thinspiration'Simonnuple
2017-09-25 23:19 | email: donyopa.ness@interia.com | adres ip: 195.22.127.185
Although the entire research dietary supplements offered greater than the Advisable Dietary Allowance for vitamin B12 (2.4 mcg per day), recent analysis has shown that many elderly individuals want unusually large quantities of this vitamin (500 mcg per day or more in some instances) to achieve optimal vitamin B12 dietary standing. Nonacne
 
 
#7 Wreszcie ktoś z kim się mogę zgodzić prawie w stu procentach.Majkatof
2017-08-09 17:26 | email: stanek.praskis@interia.eu | adres ip: 195.22.127.184
Lepiej bym tego nie ujął. Rewelacyjny wpis! happyman.pl
 
 
#6 LOSY LITERATURY W SIECIFrancesco
2017-03-30 20:48 | email: francesco_carnegie@zoho.com | adres ip: 31.24.226.139
Hello, i think that i saw you visited my blog so i came to “return the favor”.I'm trying to find things to improve my web
site!I suppose its ok to use a few of your ideas!!

my webpage; student loans: educationguide.eu/
 
 
#5 LOSY LITERATURY W SIECIKarl
2017-03-30 20:47 | email: karl_cornish@emailplus.org | adres ip: 31.24.226.139
Hi there, I found your site by way of Google while
searching for a related topic, your website came up,
it appears great. I've bookmarked it in my google bookmarks.

Hi there, simply become alert to your blog through Google, and
located that it is really informative. I am going to be careful
for brussels. I will appreciate if you happen to continue this in future.

Many folks will be benefited from your writing. Cheers!


Feel free to visit my blog post :: buy gold eagles: allaboutgold.eu/
 
 
#4 LOSY LITERATURY W SIECIBrent
2016-04-10 00:36 | email: brent_royston@zoho.com | adres ip: 178.162.211.212
Terrific article! That is the type of info that are supposed to be shared across the web.

Shame on Google for not positioning this submit upper!

Come on over and talk over with my website . Thanks =)

Feel free to visit my website darmowe ogłoszenia: superposter.pl/
 
 
#3 LOSY LITERATURY W SIECICarson
2016-01-25 17:08 | email: carsonsalkauskas@gmail.com | adres ip: 168.63.204.162
Kerala real estate website is designed and developed to uncover real estate in all districts of Kerala.
If you have a real estate agent, your agent can help you
in checking the best location like Wolf Forth real estate and as you give you agent
all the necessary information and important things that you consider in a house then your real estate agent
can help you check Wolf Forth homes for sale and narrow down the list
of possible properties that you are interested in. If
the real estate agent recognizes you as a serious buyer they will likely be in a position to
help you.

My web blog; baovatphongthuy .com: baovatphongthuy .com
 
 
#2 LOSY LITERATURY W SIECIBettie
2016-01-13 05:27 | email: bettie_schauer@aol.com | adres ip: 121.199.32.149
It is hard when you are unsure of what you are doing. A full year of depreciation for residential income properties would be calculated
by multiplying 3. Why would you cut your price for something that might happen.

My website baovatphongthuy .com: baovatphongthuy .com
 
 
#1 LOSY LITERATURY W SIECIJavier
2014-07-12 23:57 | email: javierallardyce@gmail.com | adres ip: 221.204.230.166
I’m not that much of a online reader to be honest but your
blogs really nice, keep it up! I'll go ahead and bookmark your website to come back later.

All the best

Also visit my homepage: lansing social security disability lawyer: www.lansingdisabilityattorney.com/
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

BLIZA Nr 3 (30) 2017

ADAPTACJE

Drodzy Czytelnicy!

Na co dzień nie uświadamiamy sobie, jak ważną rolę odgrywa i jak wszechobecna jest adaptacja. To nie tylko mniej lub bardziej skomplikowane próby przetworzenia choćby literatury na spektakl, film czy serial, to wszelkie usiłowania opowiedzenia jednej formy przez drugą, także odzwierciedlenia w kompozycji ogrodu elementów Wszechświata czy wprowadzenia pluszowego misia w możliwie wiele sfer ludzkiego życia, gdy adaptacja dotyczy kultury pop. I o tym także piszą nasi autorzy.
Adaptacja wymaga finezji, wyczucia i talentu tłumacza. Rozumienia pierwszego języka i umiejętności wyrażania się w drugim. Adaptujący ma do dyspozycji kilka filozofii i wiele możliwości. Musi wybierać i potwierdzać swój wybór, udaje się to różnie, a rezultaty działań oceniają eksperci i publiczność.
My także pochyliliśmy się nad różnymi formami tej sztuki. Oprócz współpracujących z nami krytyków i recenzentów w numerze opowiadają o nich także sami twórcy, wybitni pisarze, filmowcy, plastycy.
Wewnątrz dołączamy także nawiązujący odważnie do tematu arkusz plastyczny Jacka Kornackiego ze współpracującej z nami Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.
Śmiało możemy więc życzyć nie tylko ciekawej lektury, ale i uczty wizualnej.

Adam Kamiński

Więcej...